O diecie dr Dąbrowskiej –  fenomen czy kit?

O diecie dr Ewy Dąbrowskiej zrobiło się głośno po ogłoszeniu w internetach wspaniałej metamorfozy prezenterki telewizyjnej i dziennikarki Karoliny Szostak. Ja o diecie wiedziałam już wcześniej, od dawna interesowałam się zdrowym odżywianiem i różnymi detoksami, ale zawsze bałam się taki detoks rozpocząć. Po metamorfozie znanej dziennikarki wielu ludzi zaczęło szukać informacji na temat tego postu. Natomiast krążą na jego temat kompletnie sprzeczne opinie. Jedni mówią, że jest cudowny, że leczy choroby, że samopoczucie po nim jest świetne. A drudzy, że to mit, że takie posty są niezdrowe i że to w ogóle jakaś sekta jest.

Dieta czy post?

Ale od początku. Trzeba najpierw poruszyć sprawę nazewnictwa. Dr Ewa Dąbrowska nazywa swoją dietę dietą warzywno-owocową, głodówką leczniczą lub postem. Ja wolę nazywać ją postem. Teoretycznie na diecie dostarczamy wszystkich składników odżywczych, menu jest zbilansowane. Natomiast przeprowadzając post większości składników jednak nie dostarczamy i jest to celowe, tak, jak w przypadku głodówek. Poza tym, z założenia post dr Dąbrowskiej ma na celu nie tylko oczyszczenie ciała, ale i ducha. To czas nie tylko dla naszego organizmu, ale też dla nas, by poukładać sobie pewne sprawy, zmienić podejście na przykład do zdrowego i świadomego odżywiania na zasadzie „Jesteś tym, co jesz”.

Cel postu

Post dr Dąbrowskiej jest postem leczniczym. Ma on na celu oczyszczenie organizmu ze złogów i chorych komórek, co sprzyja leczeniu różnych chorób cywilizacyjnych.

W leczeniu jakich chorób może pomóc post dr Dąbrowskiej?

zaburzenia metaboliczne: nadwaga, otyłość, nadciśnienie, wysoki cholesterol, miażdżyca, kamica nerkowa, skaza moczanowa, zakrzepy żylne, dna (podagra)

przewlekłe choroby zapalne: nawracające infekcje migdałów i zatok, reumatoidalne zapalenie stawów, choroby alergiczne skóry, astma oskrzelowa, choroba wrzodowa

choroby zwyrodnieniowe stawów: zaćma, paradentoza

choroby skóry: łuszczyca, skleroderma, porfiria

zaburzenia czynnościowe przewodu pokarmowego: zespół jelita nadwrażliwego, zaparcia, zgaga

profilaktyka u osób zdrowych

Niedożywienie a post

Jaka jest różnica między niedożywieniem a postem? Otóż niedożywienie jest stanem patologicznym, tzn. chorobowym, a post stanem fizjologicznym, który doprowadza do zdrowia. Odmianą postu jest kuracja warzywno-owocowa, która dostarcza organizmowi ogromnej ilości tzw. biokatalizatorów czyli witamin i mikroelementów. Nie dostarcza się natomiast tłuszczu, cholesterolu, białka. Organizm pozbawiony tych substancji budulcowych zaczyna odżywiać się wewnętrznie. Oznacza to, że wszystkie zwyrodniałe tkanki, złogi zbędnych substancji balastowych, obrzęki, miażdżyca, kamica – wszystko to jest usuwane z organizmu. (źródło: E. Dąbrowska, Ciało i ducha ratować żywieniem) Na poście dr Dąbrowskiej można spożywać od 400 do 800 kcal dziennie.

Te powyższe zdania dotyczą postu prawidłowo przeprowadzonego, bez spożywania produktów zakazanych. Jeśli natomiast będziemy jeść bardzo niewiele, jak na poście, lecz dostarczać do organizmu okazjonalnie tłuszczy czy węglowodanów podczas jego trwania, może to mieć katastrofalne skutki dla naszego zdrowia. Organizm nie będzie na zdrowym, leczniczym poście – lecz będzie cały czas oszukiwany i tak naprawdę nie przestawi się na odżywianie wewnętrzne. Skutki takiego niepełnego postu mogą pojawić się od razu, na przykład mogą nagle zacząć nam wypadać włosy, ale też mogą pojawić się po kilku tygodniach czy miesiącach. Dlatego tak ważne jest, by trzymać się ściśle założeń diety. Nie można spożyć ani łyżeczki tłuszczu, czy cukru. I co ważne, takiej diety nie można robić sobie zbyt często. Moim zdaniem powinno się odczekać przynajmniej 4-5 miesięcy między jednym postem a drugim.

Tak naprawdę diety niskokaloryczne (np. dieta 1000 kcal) można nazwać dietami, które prowadzą do niedożywienia. Dlaczego? Dość trafnie jest to przedstawione na stronie Akademii Witalności:

„Niesłychanie ważna jest konsekwencja gdy już raz podejmiemy decyzję o tym, że chcemy pościć. Nota bene to dlatego na „dietach odchudzających” typu 1000 kalorii (czy 1200 czy 1500 – to bez znaczenia) ludzie chodzą zazwyczaj wściekli i głodni: dowóz kalorii jest zbyt mały aby człowieka nasycić, a zbyt duży (i do tego w części pochodzący od pokarmów wysokoodżywczych) by włączyło się odżywianie endogenne, a dopiero ono skutkuje wyłączeniem ośrodka głodu w podwzgórzu.” (http://www.akademiawitalnosci.pl)

O autofagii

O fenomenie odżywiania endogennego (wewnętrznego; autofagii) mówi nie tylko dr Dąbrowska. W roku 2016 Japończyk Yoshinori Ohsumi zdobył Nagrodę Nobla z dziedziny medycyny za odkrycie, że komórki, jeśli nie otrzymają wystarczającej ilości „pożywienia”, są w stanie niszczyć swoje własne części składowe. Pokazał to na przykładzie drożdży piekarskich, lecz niedługo później udowodnił też, że taki mechanizm może zachodzić w każdej komórce posiadającej jądro – a więc w komórkach człowieka również.

Autofagia jest procesem, poprzez który komórki organizmu trawią obumarłe lub uszkodzone elementy swojej struktury w celu zaspokojenia aktualnego zapotrzebowania na energię. Kontroluje ona bardzo ważne funkcje fizjologiczne związane z oczyszczaniem komórek (detoks komórkowy).

Co bardzo ważne, nie chodzi tu o zwykłe usuwanie produktów przemiany materii. Po uruchomieniu mechanizmu autofagii komórka rozkłada uszkodzone fragmenty samej siebie, a uzyskany materiał budulcowy używa do odbudowy. Detoks komórkowy jest bardzo podobny do recyclingu. Co więcej, podczas infekcji komórka może w ten sam sposób potraktować wirusy i bakterie, które po rozłożeniu na czynniki pierwsze stają się materiałem budulcowym do jej odnowy.

Komórki uruchamiają autofagię w sytuacji niedoboru składników odżywczych. To jest więc podstawowe założenie postu dr Dąbrowskiej – spowodowanie niedoboru tych składników, by organizm mógł przełączyć się na odżywianie wewnętrzne. Organizm w okresie niedoboru, kiedy nie będziemy dostarczać mu zbilansowanych posiłków, zacznie sam trawić swoje komórki, używać rezerw. Komórki organizmu trawią wtedy swoje zdegenerowane części, znajdujące się w nich śmieci (np. wirusy i bakterie). Z powstałych w ten sposób surowców odbudowują się, odradzają się komórki w nowej, zdrowej, i odmłodzonej formie.

Mechanizm regeneracji organizmu, np. znikanie blizn, odrastanie uszkodzonych paznokci, poprawa wzroku, itd. to nie są już „efekty placebo” diety oczyszczającej, ale rzeczywiste uzdrowienia, które w dużej mierze zawdzięczamy właśnie zjawisku autofagii.

Zasady postu dr Dąbrowskiej

Przeciętny organizm potrzebuje, aby każdego dnia dostarczyć mu od 1500-2000 kalorii (tylko dla podtrzymania procesów życiowych). W przypadku postu warzywno-owocowego kaloryczność dziennych posiłków mieści  się w przedziale 400-800 kalorii. Brakującą część energii organizm musi sobie „wyprodukować” z posiadanych rezerw – głównie tłuszczowych i mięśniowych.

Podstawowe zasady postu:

  1. Dostarczanie 400-800 kcal dziennie
  2. Czas trwania: optymalnie 14 dni dla osób zdrowych, do 42 dni dla osób chorych
  3. Jedzenie tylko dozwolonych produktów – poniżej znajduje się link do listy
  4. Należy spożywać więcej surowych warzyw niż gotowanych
  5. Nie spożywać tłuszczów
  6. Wskazane stosowanie czosnku, pieprzu i ziół (sól jedynie himalajska)
  7. Po przeprowadzonym poście przejść etap drugi, czyli wychodzenie, które powinno trwać tyle samo tygodni co post
  8. Można wykonywać nieintensywne ćwiczenia fizyczne (spacery, marsze, gimanstyka)

 

Jak widać, zasady są bardzo proste. Najczęściej przeprowadza się posty trwające 14 lub 42 dni. Jeśli poczujemy się gorzej można w każdej chwili przerwać post. Przy wyjściu z postu należy przestrzegać trzech ważnych zasad:

1 – wychodzenie z diety powinno trwać tyle samo dni (tygodni) co dieta

2 – nie możemy od razu pierwszego dnia rzucić się na słodycze i mięso. Wychodzenie należy zrobić stopniowo, dodając w każdym dniu nieznaczną ilość kalorii oraz nowe produkty. Tylko wtedy będziemy mogli uniknąć efektu jojo

3 – przy wychodzeniu należy kierować się odpowiednią tabelą

POBIERZ TUTAJ SPIS DOZWOLONYCH I ZAKAZANYCH PRODUKTÓW (pdf)

Wpis o prawidłowym wychodzeniu z diety 

Podsumowanie

Powiem wam tak – ten, kto nie spróbował, chyba nie potrafi docenić, jak wielki jest to fenomen. Ludziom, którzy nic o diecie nie czytali, bardzo łatwo jest krytykować nasz pomysł przeprowadzenia postu leczniczego. Smutne jest to, że ludzie nie zdają sobie sprawy z tego, że jedzą prawie cały czas przetworzone produkty. Na śniadanie kanapka z masłem, serem i szynką, na obiad mięso smażone na oleju lub makaron z gotowym sosem, na kolację parówki i znów chleb z masłem. I jedząc tak ludzie myślą, że jest ok, no bo przecież jedzą „wszystkiego po trochu”. A gdzie miejsce na warzywa, w jakiejkolwiek postaci? Więcej niż jeden plasterek pomidora na tę poranną kanapkę? Warzywa na obiad zamiast mięsa w tłustym sosie?

Uważam, że w dobie konsumpcjonizmu, super przetworzonego i śmieciowego jedzenia oraz wielu panujących chorób cywilizacyjnych, naprawdę warto choć raz w życiu zrobić sobie taki dłuższy detoks. A najlepiej co roku, nawet i dwa tygodnie. Myślę, że jeszcze od tego nikt nie umarł. A na choroby cywilizacyjne spowodowane nieprawidłowym odżywianiem i jedzeniem zbyt dużych ilości przetworzonego jedzenia oraz nadmiaru tłuszczy i białej mąki – tak.

Moja rada? Zanim zaczniesz post, przygotuj się do niego. Przede wszystkim pogłębij swoją wiedzę na jego temat. Jest to bardzo restrykcyjny post i żeby nie stracić zapału, powinno się mentalnie do niego przygotować i nie zaczynać go z myślą „a spróbuję, co mi tam”. Poczytaj o dozwolonych produktach, zainteresuj się przepisami na przykładowe dania, nastaw się psychicznie… I dopiero wtedy działaj 🙂

Kopalnia wiedzy:

Książki: E. Dąbrowska, Ciało i ducha ratować żywieniem, E. Dąbrowska, Przywracać zdrowie żywieniem
Artykuły: nagroda Nobla za odkrycie detoksu komórkowegostrona www dr Ewy Dąbrowskiej
Wykłady dr Dąbrowskiej – można znaleźć na youtube

Przykładowe przepisy oraz wpis „pytania i odpowiedzi” – już wkrótce!

 

Reklamy

Jakich rzeczy NIE kupować dziecku – kilka rad na temat bezpiecznych gadżetów dla malucha 

Na pewno wielu ludzi zastanawia się, jaki prezent kupić dla nowonarodzonego członka bliższej lub dalszej rodziny. Jakie są najlepsze prezenty dla danej kategorii wiekowej? Niedługo o tym napiszę. Natomiast dziś będzie o tym, jakich prezentów nie kupować dla dziecka. Jest to wpis z kategorii świadomego rodzicielstwa – dla osób, którym zależy na zdrowiu swoich małych krewnych.

Przede wszystkim powinniśmy unikać zabawek i akcesoriów bez atestów, drewnianych ciężkich zabawek dla niemowląt, które jeszcze leżą, zabawek z ostrymi krawędziami, zabawek pomalowanych farbą nieznanego pochodzenia (na przykład drewniane zabawki, które można kupić na straganach w popularnych miejscach dla turystów). To takie podstawy. Co jeszcze jest ważne?

modIMG_20170326_130406-01

Foteliki samochodowe

Jeśli chcecie kupić na przykład fotelik samochodowy, bardzo ważne jest by sprawdzić, czy posiada on wymagane atesty oraz czy na przykład były na nim przeprowadzane crash testy oraz jak dany fotelik w takim teście sobie poradził. Warto znaleźć kilku producentów, których foteliki posiadają crash testy i wśród nich wybrać fotelik, który kupimy. Tutaj naprawdę ważna jest jakość! Fotelik za 100 złotych z dyskontu czy najtańszy fotelik z hipermarketu może i spełni swoją rolę, bo przewieziecie w nim dziecko, lecz nie będzie on bezpieczny. Czy naprawdę warto ryzykować zdrowiem i życiem dziecka?

Nosidełka

Nosidełka to bardzo popularny ostatnio trend. Super! Pomagają rodzicowi nawiązać kontakt z dzieckiem, wspomagają bliskość. Tylko niestety wiele osób nie zwraca uwagi na to, co kupuje. Pierwsza zasada – nie kupujmy wisiadeł – wybierzmy oryginalne nosidło ergonomiczne. Jaka jest różnica między jednym a drugim? Pokazuję na poniższym zdjęciu :

Lewa strona – dziecko w wisiadle // prawa strona – dziecko w nosidełku ergonomicznym

Jest różnica, prawda? Wisiadła poprzez swoją budowę sprawiają, że dziecko „siedzi” w sposób nienaturalny. Nogi zwisają bezwiednie, przez co ułożenie kości udowych i bioder również jest nienaturalne – i niestety taka pozycja przyczynia się do późniejszych problemów z biodrami, miednicą, krzywizną nóg. Należy wybierać nosidła, które pozwolą na amortyzację całych ud dziecka aż do kolan. Warto poświęcić dłuższą chwilę i przed zakupem upewnić się, że to co chcemy nabyć to nosidło, a nie wisiadło. Nie sugerujcie się tym, że oficjalna nazwa wisiadeł to „nosidła” – czego się nie robi, by sprzedać…

Bujaczki i huśtawki

Bujaczki są fajne. Można wsadzić w nie dziecko i mieć chwilę dla siebie, zrobić obiad podczas gdy ono pobawi się zabawkami na przyczepionym pałąku. I ja również go używam. Cały czas jest w domu teściów i nasza córka jest w nim karmiona lub bawi się zabawkami. ALE. Jest jedna bardzo ważna rzecz. A właściwie dwie. Pierwsza jest taka, że nie zaleca się, by dziecko przebywało w bujaczku dłużej niż pół godziny dziennie – dłużej, niż jest to naprawdę konieczne. (info od lekarza z poradni preluksacyjnej) Pozycja w bujaczku to pozycja nienaturalna dla dziecka, które jeszcze nie potrafi siedzieć samodzielnie. Druga sprawa jest taka, żeby wybierać taki  bujaczek czy huśtawkę, który ma możliwość rozłożenia się na płasko. To znacznie zdrowsza pozycja niż na przykład pod kątem 45 stopni. Bardziej naturalna i wygodna dla dziecka. Przykład z życia? Od pierwszych dni, nieświadoma tego, jakie konsekwencje może mieć dla dziecka nieprawidłowy bujaczek (wbrew pozorom z jednej z największych firm produkujących bujaczki i ogólnie zabawki), wsadzaliśmy do niego córeczkę na około dwie-trzy  godziny dziennie. Skutkiem była nabyta dysplazja jednego stawu biodrowego, z którą walczyliśmy trzy miesiące. Ile stresu się najadłam, ile nocy przepłakałam, bojąc się, że wada się nie cofnie. Naprawdę. Warto wybierać świadomie i doedukować się w tej kwestii. Jeszcze jedna mała kwestia. Nasz bujaczek miał też funkcję wibracji. Zastanawiam się, po co? Nam się ta funkcja kompletnie nie przydała.

Chodziki, skoczki

Tym zabawkom mówię zdecydowanie NIE. Być może kiedyś chodziki były bardzo popularne, ale one naprawdę nie przynoszą dziecku nic dobrego. Chodzić nie uczą na pewno. Natomiast krzywią nogi i nie tylko.

Wady tego urządzenia to spora wyliczanka (źrodło: mjakmama24.pl):

  • Przyspiesza chodzenie dziecka, które nie jest na to jeszcze gotowe. Chodzik przytrzymuje dziecko, nawet jeśli nie opanowało ono umiejętności utrzymania sylwetki w pionie. W rezultacie dziecko może mieć problemy z kręgosłupem i wadę postawy.
  • Ogranicza zdobywanie umiejętności samodzielnego chodzenia. Niezgrabne chodzenie jest normalnym etapem w rozwoju, przez który dziecko powinno przejść. Wtedy też zdobywa świadomość swojego ciała. Natomiast w chodziku zupełnie inaczej ocenia przestrzeń – odległości i wysokości. Poza tym nie widzi swoich stóp, więc nie jest świadome, co musi robić, by móc się poruszać.
  • Niebezpiecznie obciąża nóżki i miednicę. Podczas samodzielnego chodzenia trenowane są wszystkie mięśnie oraz równowaga; w chodziku zaś pracują głównie mięśnie nóg. Może to skutkować skracaniem mięśni i deformacją nóg.
  • Daje dziecku złudzenie, że umie chodzić.
  • Pozbawia dziecko doświadczenia upadków, więc nie uczy się ono ostrożności. Dziecko podczas samodzielnego chodzenia uczy się upadać w taki sposób, by nie zrobić sobie krzywdy, jak również uczy się podnosić z upadków.

Skoczki mają podobne skutki. Co więc wybrać zamiast wyżej wymienionych? Chodzik-pchacz w formie wózka dla lalek – Natalka dostała go jako prezent na chrzciny i muszę przyznać, że to jest jej jedna z najlepszych zabawek. Oczywiście poczeka, aż Mała zacznie siadać i wstanie. Coś innego? Chodzik – pchacz interaktywny – drewniany bądź plastikowy elektroniczny. Na pewno to się coś jest bezpieczniejsze od typowych chodzików i skoczków.

modIMG_20170317_133630

Co jeszcze moglibyście doradzić lub odradzić z akcesoriów dla dzieci? Chętnie poczytam!

Podsumowanie marca 

Az trudno uwierzyć, że nasza Mała ma już 6 miesięcy. No, prawie sześć i pół!

Co wydarzyło się u nas w marcu?

  • Zaczęliśmy używać spacerówki
  • Przez większość miesiąca główny dźwięk, jaki wydawała z siebie córka przypominał podnoszenie ciężarów i straszenie rozmówcy. Nigdy tego nie zapomnę 🙂
  • Zaczęła chętniej przewracać się na boki
  • Zaczęła się turlać z brzucha na plecy
  • Nadal brak ząbków
  • Nadal nie usiadła
  • Z końcem marca nadal ani razu nie obróciła się sama na brzuch
  • Zaczęliśmy na dobre przygodę z rozszerzeniem diety, skupiamy się głównie na BLW (ostatni hit – kostki z kaszy)
  • Wyklarowały się już pierwsze upodobania kulinarne: kocha ziemniaki i brokuły a resztą pluje. Uczymy się jeść kaszkę łyżeczką. Do przetestowania mamy m.in bataty, których ja również nigdy nie jadłam.
  • Czas kupić rozpinany sweterek na koszulki krótkim i czapeczkę od słońca!

blIMG_20170326_120722723-1-01

W marcu powstał też nasz blog. Jest to moja mała odskocznia od macierzyństwa, która pozwala mi pomyśleć o czymś innym niż tylko karmienie dziecka, usypianie, pieluchy. W tym miejscu chciałabym zaprosić wszystkich na bloga Troskliwej Mamy, mieszkającej w Wielkiej Brytanii mamy słodkiego chłopczyka, która założyła bloga z podobnych motywów.

A co się pojawiło na blogu?

Północne Włochy w 5 dni – wycieczka objazdowa na własną rękę (fotorelacja)

Dokładnie rok temu – na początku kwietnia 2016 roku – wybraliśmy się w naszą podróż „przedślubną”. Postanowiliśmy odwiedzić jedno z moich ulubionych miejsc – Włochy. Chcieliśmy pozwiedzać, a nie tylko siedzieć w jednym miejscu/mieście. Nasz wybór padł więc na północne Włochy, gdzie jest sporo ciekawych zakątków, łatwo się dostać z miejsca na miejsce. Przesądziła też niska cena biletów lotniczych – z Katowic do Bergamo (mimo, że zamawialiśmy je na tydzień przed wylotem). Zabookowaliśmy loty, hotele i samochód, spakowaliśmy dwa bagaże podręczne (na tak krótką wycieczkę szkoda było płacić za bagaż rejestrowany) i polecieliśmy.

Nasz plan podróży?

bgPrzechwytywanie
przebyta trasa
bgPrzechwytywanie2
Bergamo – Desenzano del Garda – Toscolano Maderno – Sirmione – Werona – Wenecja

Dlaczego akurat te miejsca?

Bergamo

– to dla mnie jedno z najpiękniejszych miast w północnych Włoszech. Mieszkałam tam przez rok za czasów studenckich. Śliczne, z bogatą historią, uprzemysłowione miasto, ale również wspaniała baza wypadowa nad włoskie jeziora polodowcowe, do Mediolanu jest niespełna 50 kilometrów, lotnisko praktycznie w centrum miasta, świetne połączenie z Katowic czy Wrocławia. Mediolan jednak w naszej podróży ominęliśmy. Nie przypadł mi do gustu. Przy okazji pobytu w Bergamo zaliczyliśmy również Lago di Lecco i Lago d’Iseo. Wyruszyliśmy też w stronę Passo di Stelvio (przy granicy ze Szwajcarią), jednak wjazd na przełęcz był zamknięty ze względu na lawinę, która zeszła kilka dni wcześniej). Cały pobyt w Bergamo opiszę w innym poście, gdyż mogłabym na ten temat rozpisać się na sto stron 🙂

Co koniecznie zobaczyć w Bergamo?
piękne marmurowe Bergamo Bassa
historyczne centrum Bergamo Alta (warto przejechać się kolejką, tzw. funicolare)
wzgórze San Vigilio (można tam dojechać busem, samochodem lub drugą kolejką)
park Rocca w Città Alta
muzeum zwierząt w Città Alta
zwiedzić jeziora Sarnico i Lago d’Iseo – magiczne miejsca!
dla zakupoholików – Centro Commerciale Oriocenter 🙂
oraz po prostu poszwendać się po mieście, zwłaszcza po uliczkach Bergamo Alta.

bgIMG_20160412_125519_Snapseed
w parku Rocca di Bergamo
bgMG_20160408_115354_Snapseed
wzgórze San Vigilio
bg IMG_20160408_101911_Snapseed
widok z Bergamo Alta

 

Citta-Alta
mapa Città Alta

 

bgIMG_20160408_152431_Snapseed
w drodze na Passo di Stelvio
bgIMG_20160408_115207_Snapseed
Bergamo – chętnie bym już tam została na zawsze 🙂
bgIMG_20160408_111718_Snapseed
Bergamo Alta
bgIMG_20160408_110535_Snapseed
Biblioteka w Bergamo Alta

 

Desenzano del Garda, Sirmione, Toscolano Maderno (Jezioro Garda)

– to małe miasteczka nad Jeziorem Garda, największym jeziorem we Włoszech. Tak naprawdę mogliśmy zostać jedynie przy pierwszych dwóch miasteczkach, ale zdecydowaliśmy się pojechać również nieco na północ – do Toscolano Maderno, aby zobaczyć, jak wygląda jezioro bardziej „kameralnie” – jest tam zdecydowanie mniej turystów. Zachwycił nas długi deptak, ciągnący się chyba kilka kilometrów. Zdecydowanym „must see” nad jeziorem Garda jest miasteczko Sirmione – położone na cypelku. Turystyczne centrum miasta jest praktycznie z trzech stron otoczone wodami jeziora – wygląda to fantastycznie. W centrum znajduje się coś a la zamek, ma nawet fosę. Coś pięknego i wartego zobaczenia! Natomiast w Desenzano del Garda posiedzieliśmy na mini molo z mini latarnią. Niestety trafiliśmy na dość pochmurny dzień i trochę wietrzny.

bgIMG_20160410_113957_Snapseed

bgIMG_20160410_111115_Snapseed

bgIMG_20160410_105939_Snapseed

bgIMG_20160410_105830_Snapseed

bgIMG_20160410_104906_Snapseed
w Sirmione

bgIMG_20160409_162735_Snapseed

bgIMG_20160409_162624_Snapseed

bgIMG_20160410_105050_Snapseed
Sirmione

bgIMG_20160409_115759_Snapseed

bgIMG_20160409_110609_Snapseed
Desenzano del Garda
bgIMG_20160409_110459_Snapseed
Desenzano del Garda

bgIMG_20160408_152426_Snapseed

bgIMG_20160408_152423_Snapseed

Werona

– miasto zakochanych. Spędziliśmy tam kilka godzin. Zaliczyliśmy długi spacer, widzieliśmy Arenę, posiedzieliśmy w pobliskim parku, zobaczyliśmy balkon Romea i Julii, główne wejście do miasta czyli Porta Nuova oraz zamek Castelvecchio. Zdjęć niestety mam niewiele, byliśmy tam relatywnie krótko. Punkt obowiązkowy – zostawiliśmy karteczkę z naszymi imionami na ścianie przy balkonie popularnych zakochanych 🙂

bgIMG_20160410_132428_Snapseed
Werona Porta Nuova

Wenecja

– jedno z najbardziej romantycznych miejsc we Włoszech. Niektórzy mówią, że śmierdzi – nie zawsze. Miałam okazję zwiedzić Wenecję już sześć razy, za każdym razem nie czułam nieprzyjemnych zapachów. Co robiliśmy w Wenecji? Przede wszystkim spacerowaliśmy. W centrum informacji turystycznej dostaliśmy mapę i po prostu szliśmy przed siebie, podziwiając to stare, piękne miasto. Bardzo łatwo było się zgubić! Przez przypadek trafiliśmy nawet na ruiny żydowskiego getta. Oczywiście poszliśmy też na plac św. Marka, poleżeliśmy na ławce w parku przy głównej alei przy placu, popłynęliśmy na wyspę Murano, która słynie z produkcji kolorowego szkła. Załapaliśmy się też na pokaz wytapiania szkła dekoracyjnego. Już niedługo opublikuję praktyczny przewodnik – co robić, gdzie jeść, gdzie nocować.

bgIMG_20160411_150953_Snapseed
fabryka szkła – wyspa Murano
bgIMG_20160411_141808_Snapseed
w Wenecji bez mapy ani rusz!
bgIMG_20160411_141217_Snapseed
wyspa Murano
bgIMG_20160411_141150_Snapseed
wyspa Murano
bgIMG_20160410_200551_Snapseed
widoki z tramwaju wodnego – Wenecja
bgIMG_20160410_200056_Snapseed
widoki z tramwaju wodnego – Wenecja
bgIMG_20160410_195955_Snapseed
widoki z tramwaju wodnego – Wenecja
bgIMG_20160410_194331_Snapseed
widoki z tramwaju wodnego – Wenecja
bgIMG_20160410_192454_Snapseed
pałac Dożów – Wenecja
bgIMG_20160410_180607_Snapseed
Wenecja

 

 

A tak podróżowaliśmy z miejsca na miejsce:

 

bgIMG_20160410_145019_Snapseed

 

Podsumowanie:

Sześć dni, pięć noclegów – dwa w Bergamo, jeden w Toscolano Maderno oraz dwa w Wenecji. Wrażenia? Niesamowite, niezapomniane. Mężowi najbardziej podobały się miejsca kameralne, nieprzepełnione turystami – zachodnie wybrzeże Jeziora Garda oraz Bergamo Alta. Mnie – zdecydowanie Bergamo, zarówno Città Bassa jak i Città Alta. Z chęcią odwiedziłabym jeszcze raz wzgórze San Vigilio – tym razem z dokładniejszą mapą.

Włoskie miasteczka mają to do siebie, że będąc w nich warto po prostu zakupić mapę i chodzić z nią po okolicy. Czasem warto się po prostu zgubić i iść przed siebie – tak jak my w Wenecji. A wenecki zachód słońca podczas podróży tramwajem wodnym – niezapomniany!

Niedługo na blogu ukażą się praktyczne przewodniki dla chcących się wybrać do Bergamo, Werony, Wenecji oraz nad Jezioro Garda.

A jakie są Wasze ulubione miejsca we Włoszech lub w Europie? Możecie coś polecić? 🙂

Wiosna wiosna, wiosna ach to ty… 

Jak spędzacie dzisiejszy piękny wiosenny dzień? Nie pomyślałabym, że pierwszego kwietnia będzie aż tak ciepło. Na Górnym Śląsku aż 23 stopnie! Delikatny wiatr, gorące słońce. Postanowiłam na ten weekend uciec w rodzinne strony na wieś – do domu prawie pośród lasów. Także dodatkowe atrakcje to jeszcze śpiew ptaków, wszechobecna zieleń, spokój, cisza. Jezioro, rechoczące żaby wieczorem.

Oczywiście cały dzień spędzamy na chill oucie na dworze. Na świeżym powietrzu. Och, jak mi tego brakowało! Okej, w mieście, w którym mieszkamy na codzień też jest sporo parków i „osiedlowa” cisza. Ale to nie to samo. Rzecz jasna. I pomimo konieczności wstawania do Małej w nocy to dzisiejszy dzień w porównaniu z innymi mogę określić jako włoskie „dolce far niente”.

Rano poszłyśmy na spacer, Mała w nosidełku. Ale przez większość dnia wylegujemy się na kocyku na trawce.

Myślę, że Natalce również się podoba 🙂

A wy jak spędzacie ten dzień?

Wieczorne przemyślenia na temat bycia mamą 

Kocham patrzeć jak śpi. Te malutkie usteczka, oczka, malutki nosek i paluszki…  Jest słodka. Zwłaszcza jak śpi bez smoczka.

Jak usypia uśmiechając się delikatnie. Kąciki ust powoli podnoszą się do góry. Znacie to, Mamy?

Momenty te bardzo rzadko można uchwycić aparatem. Bywa, że w takich chwilach po prostu stoimy z mężem nad łóżeczkiem i podziwiamy tę naszą pierworodną.

Skończyłam 6 miesięcy! A z włóczki babcia zrobi piękny kocyk.

Wczoraj skończyła sześć miesięcy. Można by pomyśleć „ale ten czas leci”. Hmm. Patrząc z boku, z perspektywy czasu, można powiedzieć, że to prawda. Natomiast przebywając z dzieckiem przez 24 godziny na dobę przez cały czas, ma się wrażenie, że ten czas po prostu stoi w miejscu. Czasem tak mi się duży kiedy jestem sama z córeczką w domu,  że co chwilę spoglądam na zegarek i odliczam minuty kiedy mąż wróci z pracy. Tak. Nie wiem, jakie doświadczenia mają inne mamy, ale przebywając cały czas w domu z dzieckiem mam poczucie, że czegoś mi brakuje.

Ach. Tak. Już wiem, czego. Chwili oddechu od karmienia, przebierania, śpiewania, usypiania, noszenia. Brakuje chwili dla siebie. Godziny w wannie z gorącą wodą i pianą. Zamknięcia się w pokoju z dużym kubkiem herbaty, możliwości wskoczenia do łóżka i poczytania jednej z kilkunastu książek, które czekają na swoją kolej. Brakuje po prostu możliwości czasami pomyślenia o czymś  innym niż malutkie dziecko.

W wieku 3-4 miesięcy

A wy macie podobne odczucia na ten temat? Czego wam brakuje z „poprzedniego” życia zanim narodziło się dziecko?

„Pierwsze dziecko zmienia wszystko” – nigdy więcej samotnej chwili

„Pierwsze dziecko zmienia wszystko” – taki tytuł nosi książka Gertrud Teusen, która moim zdaniem powinna być pozycją obowiązkową dla każdej młodej mamy, dla każdej kobiety, która spodziewa się pierwszego dziecka, dla każdego przyszłego czy obecnego taty. Patrząc z perspektywy mamy sześciomiesięcznej córeczki żałuję, że… nie spotkałam tej książki wcześniej. Być może to pomogłoby uniknąć kilku popełnionych błędów.

Continue reading „„Pierwsze dziecko zmienia wszystko” – nigdy więcej samotnej chwili”

„Pierwsze dziecko zmienia wszystko” – walka z mitem matki

„Pierwsze dziecko zmienia wszystko” – taki tytuł nosi ksiązka Gertrud Teusen, która moim zdaniem powinna być pozycją obowiązkową dla każdej młodej mamy, dla każdej kobiety, która spodziewa się pierwszego dziecka, dla każdego przyszłego czy obecnego taty. Patrząc z perspektywy mamy sześciomiesięcznej córeczki żałuję, że nie spotkałam tej książki wcześniej. Być może to pomogłoby uniknąć kilku popełnionych błędów.

Continue reading „„Pierwsze dziecko zmienia wszystko” – walka z mitem matki”